
Poniedziałek 23 czerwca, godzina 8:30 – wszyscy pruszkowscy obozowicze stali już przed autokarem. Najpierw powitania nowych i starych znajomych, a potem wyjazd do Ursusa po resztę uczestników obozu. Podczas pięciu godzin jazdy do Żabinek zdążyliśmy się już odpowiednio zintegrować i wprowadzić nawzajem w dobry humor. Po przyjeździe do ośrodka i zjedzeniu obiadu dostaliśmy czas na zadomowienie się w pokojach i rozpakowanie toreb. Grupką paru starszych obozowiczów postanowiliśmy udać się w tym czasie na spacer po ośrodku. Zwiedzenie całego otoczonego przez las terenu zajęło nam kwadrans, ponieważ nie poszliśmy na plażę oddaloną od ośrodka o pareset metrów. Zobaczyliśmy za to dwa boiska do piłki nożnej: większe, na którym każdego ranka organizowane były rozruchy, oraz mniejsze. Oprócz tego w ośrodku była strzelnica, zadbany plac zabaw, parę boisk do siatkówki, świetlica, na której można było pograć w bilard, miejsce na ognisko, a także żółty namiot rozmiarów sali sportowej, w którym codziennie ćwiczyliśmy karate. Po tych piętnastu minutach byliśmy pewni, że przez kolejne dwa tygodnie nie będziemy się nudzić.
Mieliśmy rację. Codziennie byliśmy budzeni na poranny rozruch (około pół godziny ćwiczeń), po którym byliśmy wystarczająco rozbudzeni, żeby paść na swoje łóżka i leżeć tak do śniadania. Po rozruchu dostawaliśmy krótką chwilę na doprowadzenie się do porządku, a potem śniadanie. Smak dań zadowalał najmłodszych, a ich ilość najstarszych, więc na żaden z trzech dziennych posiłków nikt nie narzekał. Po śniadaniu przez godzinę „sprzątaliśmy pokoje”, czyli zgarnialiśmy wszystko w dziesięć minut i organizowaliśmy sobie resztę wolnego czasu, po którym czekała nas wizyta kontroli czystości. Niektórzy podchodzili do tego bardzo poważnie i częstowali wychowawców tygodniowymi paluszkami, a inni ograniczali się do pokornego słuchania zastrzeżeń na temat źle pościelonych łóżek. ;). Gdy wychowawcy sprawdzili już czystość we wszystkich pokojach ustawialiśmy się na zbiórce i udawaliśmy się na godzinne zajęcia. Dla większości było to karate, a dla paru osób jazda konna. Po treningach czekały na nas wszelkiego rodzaju atrakcje. Jakie? To zależało od dnia, ale o tym później. Po południu wszyscy jedliśmy obiad, po którym przez około półtorej godziny odpoczywaliśmy podczas ciszy poobiedniej. Potem kontynuowaliśmy zajęcia, w trakcie których rozdawano nam podwieczorek. W razie niepogody organizowane były gry i zabawy na świetlicy. Następnie jedliśmy kolację, po której odbywały się wieczorne zajęcia sportowe, dyskoteki dla całego ośrodka, lub ogniska. Trzeciego dnia wieczorem wszyscy spotkaliśmy się na ognisku integracyjnym, podczas którego wszystkie pokoje prezentowały krótkie scenki, lub piosenki, spośród których głosami wychowawców wybrany został hymn obozu.
Jednak czas nie mijał nam monotonnie punkt po punkcie. Podczas całego obozu odbyły się dwie całodniowe wycieczki. Jedna do Kętrzyna, a druga do Giżycka. W Kętrzynie zwiedzaliśmy zamek krzyżacki, oraz leżący niedaleko kompleks powojennych bunkrów – Wilczy Szaniec. W Giżycku natomiast weszliśmy na stuletnią wieżę ciśnień, po czym udaliśmy się do Twierdzy Boyen. Była ona dość duża, bo oprócz budynków wewnątrz znajdował się spory teren z licznymi pagórkami. Musieliśmy to wykorzystać - zorganizowana została gra terenowa, podczas której podzieleni na grupy obozowicze musieli chodzić po całej twierdzy (wcześniej odpowiednio zabezpieczonej) i rozwiązywać łamigłówki logiczne, które wielu sprawiały niemałą frajdę.
Ale wyjątkowość wielu dni nie polegała tylko na wycieczkach autokarowych. W samym ośrodku również odbyło się parę szczególnych dni, w które zamiast zajęć po obiedzie (a czasem nawet zamiast treningów) czekały na nas atrakcje specjalne. Podczas dnia hazardu po godzinie przeznaczonej na poranne sprzątanie pokoi wszyscy wybrali się do przygotowanego wcześniej przez starszych obozowiczów kasyna, gdzie każdy otrzymywał określoną ilość żetonów, które mógł pomnożyć, lub stracić. Niektórzy zbili fortunę, a inni wyszli z niczym. Ci drudzy tego żałowali, bo po obiedzie odbyła się licytacja przedmiotów takich jak coca-cola, czy chipsy, które przez cały obóz były zakazane. Podczas dnia sportu cały obóz podzielony został na cztery grupy, które rywalizowały ze sobą w trzech konkurencjach: rano w piłce nożnej, po południu w zbijaku, a wieczorem w zapasach. Kapitanowie zwycięskich drużyn wykonali rundę honorową dookoła boiska na plecach wychowawców. Następnie czekało nas parę dni normalnych zajęć, po których nastąpił dzień celności. Młodsi obozowicze mieli szansę sprawdzić się w strzelaniu z wiatrówki i łuku, a także we wszelkiego rodzaju dyscyplinach wymagających celnego oka, jak na przykład rzut ringo i hula-hop, czy kopanie piłki do bramki. Motywem przewodnim ostatniego specjalnego dnia był survival. Rano wszyscy wyszliśmy na plac musztry (czyt. boisko), na którym wszyscy uczyliśmy się maszerować, oraz śpiewać wybraną na pierwszym ognisku obozową piosenkę. Po wzorowym jej odśpiewaniu wszyscy uczyli się reagować na komendy typu „powstań”, czy „padnij”. Potem wszyscy wybrali się do lasu, gdzie czekały już na nich przygotowane wcześniej do odpowiednich konkurencji stacje. Każdy musiał wykazać się umiejętnością przeskakiwania przeszkód, przebiegania (oraz chowania się za drzewami) przez ostrzeliwany szyszkami krótki tor, a także równowagą podczas przechodzenia po linie z profesjonalną asekuracją instruktorów.
Kolejną atrakcją tego dnia były podchody podzielone na dwie części, z których pierwsza odbyła się jeszcze przed kolacją. Wszyscy obozowicze zostali podzieleni na sześć grup, z których każda po kolei podchodziła do punktu (którą była ławeczka na placu zabaw) i patrzyła na jedno z siedmiu zdjęć zrobionych w ośrodku. Ich zadaniem było domyśleć się gdzie zrobione było zdjęcie, udać się tam, znaleźć parę „magicznych żetonów” (którymi były nakrętki od coca-coli), oraz zapisać znajdujący się tam japoński znak wraz z tłumaczeniem. Potem każda grupa wracała do punktu orientacyjnego i dostawała kolejne zdjęcie. Pierwsza część kończyła się gdy pierwsza grupa wróciła do punktu po zobaczeniu ostatniej fotki. Przed drugą częścią zabawy zjedliśmy kolację, a potem wszyscy wybraliśmy się do lasu, gdzie na wyznaczonej wcześniej trasie czekało na nas sześć stacji, na których znajdowały się kartki z kolejnymi japońskimi znakami, oraz z napisaną wcześniej przez kilku starszych obozowiczów historią szlachetnego samuraja Koshimazaki. Przy co drugim punkcie na grupę czekali wychowawcy, którzy grali postaci z danej historii opowiadające historię wspomnianego bohatera. Ostatnia stacja kończyła historię i zawierała krótką zagadkę, której rozwiązanie kazało iść do miejsca, gdzie odbywały się obozowe ogniska. Tam na grupę czekał napisany po japońsku testament bohatera historii, oraz test sprawdzający wiedzę grup o historii poznawanej w lesie. Trzecia część odbyła się dzień później. Po śniadaniu wszyscy na podstawie znalezionych znaków tłumaczyli wspomniany testament. Wszystkie zadania były odpowiednio punktowane. Wygrywała drużyna, która zdobyła najwięcej punktów podczas wszystkich trzech części gry.
Ostatniego dnia zamiast treningu odbył się pierwszy w długiej historii obozów turniej karate. Wszyscy obozowicze udali się do namiotowej sali, w której karatecy po krótkim przygotowaniu się i ostatnich ćwiczeniach przystąpili do zmagań. Najpierw młodsi uczniowie pokazywali wyuczone formy – Kata i kombinacje technik – Ippon Kumite, a po wyłonieniu zwycięzcy przystąpili do drugiej konkurencji, którą była wolna walka - Kumite. Wszyscy byli dopingowani przez starszych kolegów w kimonach, oraz resztę obozowiczów obserwującą zmagania. Po zakończeniu obu konkurencji dla młodszych stopni nadeszła kolej starszych. Najpierw wszyscy posiadacze wyższych stopni podzieleni na pary pokazywali bardziej zaawansowane formy. Z każdej pary wyłaniany był zwycięzca. I tak dalej systemem pucharowym wyłonionych zostało dwóch finalistów, którzy błyskawicznie pokazali swoje formy i równie szybko usłyszeli wynik. Chwila braw i druga konkurencja dla starszych, ale już nie tylko stopniem, wiekiem też. Ograniczenie wiekowe było konieczne, ponieważ tą drugą konkurencją była wolna walka. Na obozie było tylko kilka ćwiczących osób w danym wieku, więc ta konkurencja przebiegła dość szybko. Po turnieju czekała na nas kolacja, po której mieliśmy chwilę czasu wolnego w pokojach. Wieczorem odbyło się pożegnalne ognisko, podczas którego odśpiewaliśmy wspólnie nasz obozowy hymn, a zwycięzcy wszystkich konkurencji podczas całego obozu otrzymali nagrody.
Podsumowując – obóz się udał. Pogoda nie zawsze sprzyjała, ale nawet pomimo tego nie było minuty, w której by nam się nudziło. Sensei Grzegorz razem ze wszystkimi czterema wychowawcami zawsze potrafił wymyślić ciekawe zajęcia, na które nikt nie narzekał. Z czystym sercem mogę wszystkim polecić obozy MICHI. Podczas każdego jest wiele śmiechu i zabawy, ale też dużo treningu zarówno ciała, jak i ducha. Każdy z tych obozów wychowuje, każdy kształtuje charakter. Nie zawsze podczas zabawy. Czasem podczas ciężkiego treningu. I to właśnie jest w tych obozach najlepsze.
Oskar Wojtynowski
Copyright by Stowarzyszenie Edukacyjne MICHI.