
Tak samo, jak każdy inny i ten obóz dla większości uczestników zaczął się jeszcze przed wyjazdem - na dworcu, bo właśnie tam zorganizowana była zbiórka i to właśnie tam po raz pierwszy od pół roku każdy z nas zobaczył znajome twarze kolegów, koleżanek i oczywiście wychowawców. Wszyscy czekali na wyjazd pełni sił, ponieważ po raz pierwszy w bardzo długiej historii naszych obozów nie wyjeżdżaliśmy od razu po rozpoczęciu ferii. Tydzień przed obozowego odpoczynku mógł się przydać. Przecież to obóz sportowy ;).
Około godziny 23:00 wszyscy byliśmy już w pociągu, a Sensei Grzegorz rozmieszczał po przedziałach ostatnich obozowiczów i ich bagaże. W końcu ruszyliśmy. Podczas podróży część przedziałów spała, część grała w karty. Jeszcze inni spędzali czas na rozmowie i integracji z nowymi obozowiczami. Do Jeleniej Góry jechaliśmy nieco ponad dziesięć godzin. Na dworcu czekał już na nas autokar, który zawiózł nas pod sam ośrodek. Ponieważ mieliśmy jeszcze chwilę czasu, zostawiliśmy swoje bagaże i poszliśmy do miasta, gdzie każdy mógł się zaopatrzyć w najpotrzebniejsze produkty (czyli słodycze, albo pozapominane ręczniki ^^). Po powrocie do ośrodka zostaliśmy podzieleni na pokoje. Gdy już wszyscy byli zakwaterowani, każdego odwiedził wychowawca, od którego dowiedzieliśmy się, że 8 pokoi zostało podzielonych na 4 klany (czerwony, niebieski, zielony i żółty), które przez najbliższy tydzień miały ze sobą rywalizować na zasadach znanych nam wszystkim z serii książek o Harrym Potterze. Wyglądało to tak, że każdy klan (czy też dom) otrzymywał punkty za wyróżnianie się podczas obozowych zajęć i tracił je za złe zachowanie lub łamanie obozowego regulaminu. Przez cały obóz niektóre domy ciągle punkty traciły, a bilans innych się równoważył. Oczywiście starsza grupa traciła tych punktów najwięcej, ale nadrabiała to aktywnością podczas wszystkich obozowych zajęć. Ostatecznie pomysł okazał się być bardzo trafiony :).
Ale wróćmy do wizyty wychowawcy. Poza zasadami walki o Puchar Domów usłyszeliśmy o obozowym regulaminie i o standardowym już planie dnia. Pobudka i rozruch czekały większość obozowiczów o 7:30. Starsi karatecy wstawali jednak trochę wcześniej, bo o 7:00 był organizowany dla nich trening. Po ćwiczeniach wszyscy musieli się „ogarnąć” :), więc do śniadania mieliśmy około 15 minut. O 8:00 schodziliśmy do stołówki, zajmowaliśmy swoje miejsca i chwytaliśmy za widelce. Na półmisku było zwykle kilka produktów. Ważny szczegół – można było zjeść ile się chciało, więc starsza grupa dość często wybierała się na wycieczki po dokładki :). Od razu po śniadaniu wszyscy zabierali się za sprzątanie pokoi, ponieważ czekało nas sprawdzanie czystości, za którą mogliśmy zdobyć 30 punktów dla swojego klanu (lub stracić 30). Po sprawdzeniu wszystkich pokoi Sensei zabierał nas na trening, który trwał ok. godzinę, po której posiadacze kolorowych pasów mogli zostać na sali, żeby poćwiczyć kata ze starszymi stopniami. O 14:00 wszyscy jedliśmy obiad, po którym przez prawie półtorej godziny siedzieliśmy w swoich pokojach. Podczas ciszy poobiedniej wychodzić można było tylko po uprzednim poinformowaniu wychowawcy (czyli po wyproszeniu pozwolenia :)). Później znów szliśmy na trening i na zajęcia w grupach. Trwały one do kolacji, po której dostawaliśmy chwilę czasu na przygotowanie się do każdego dnia innych ogólnoobozowych zajęć ;). Śniegu niestety w Karpaczu nie zastaliśmy, więc narty na obozie nas niestety ominęły. Ale zostało to nam wynagrodzone z nawiązką ;). Pomimo tego, że plan dnia był ustalony i ściśle przestrzegany, to obozu o monotonność posądzić nie było można. Już pierwszego dnia po kolacji dostaliśmy kartki z długą listą piosenek do wyboru. Czekało nas karaoke. Każdy pokój musiał wybrać sobie utwór z listy i zaśpiewać go przed gronem obozowym. Oczywiście byli i tacy, którzy występowali po kilka razy (samemu, w duetach, a nawet w grupach złożonych z dwóch pokoi) i oni właśnie zdobywali najwięcej punktów dla swoich klanów (ponieważ za każdy występ przyznawano punkty).
Drugiego dnia dowiedzieliśmy się, że czeka nas niespodzianka. Dzień wyglądał normalnie tylko do 12-tej. Po treningu wszyscy mieliśmy się ubrać i wyjść przed ośrodek, gdzie już stał autokar. Jechaliśmy nim ok. 15 minut. Niespodzianką okazał się być wyjazd do Cyrklandu, czyli „niewędrownego cyrku” (a tak naprawdę Szkoły Cyrkowej), gdzie mogliśmy zobaczyć parę ciekawych zwierząt (jak tygrys, czy wielbłąd), oraz podziwiać pokazy żonglerki i akrobatyki. Na koniec wszyscy jedliśmy darmową pizzę i bawiliśmy się na zorganizowanej tam dyskotece. Do ośrodka wróciliśmy ok. 19:30 i od razu dostaliśmy informację o obozowych kalamburach, które miały odbyć się o 20-tej. Mieliśmy mało czasu, ale i tak powstały wymyślne hasła typu „papa mobile”, czy „egipskie ciemności”. Za pokazywanie i odgadywanie właściwych haseł znów dostawaliśmy punkty dla swoich klanów. Po ogłoszeniu ostatecznej punktacji poszliśmy do swoich pokoi. Zaraz zaczynała się cisza nocna.
Następnego dnia normalnie wstaliśmy, poszliśmy na rozruch i na śniadanie, ale później o planie dnia już zapomnieliśmy. Cała grupa wskoczyła do autokaru i pojechała do Pragi. Około trzech godzin jazdy w jedną stronę, ale opłaciło się. W Czechach spodziewaliśmy się zobaczyć chociaż trochę śniegu, ale przywitała nas wiosenna pogoda. Było zdecydowanie cieplej niż w Karpaczu :). W samej Pradze (w dużym skrócie) zobaczyliśmy zmianę warty przy pałacu prezydenckim, odwiedziliśmy katedrę św. Wita i przeszliśmy Mostem Karola. Następnie po chwili poszukiwań udało nam się znaleźć stację metra, którym dojechaliśmy do dość sporego centrum handlowego, w którym dostaliśmy ok. godziny wolnego czasu. Około 16-tej wszyscy udaliśmy się w stronę autokaru (po drodze spotkaliśmy inną polską kolonię :)). Kolejne 3 godziny pełnej emocji podróży i byliśmy w ośrodku. Zdążyliśmy akurat na kolację. Po długiej autokarowej podróży wszyscy byli padnięci, więc później mieliśmy już tylko czas wolny. Aż do ciszy nocnej.
Czwartego dnia po śniadaniu wyjechaliśmy na kolejną wycieczkę. Tym razem jednak bliżej, bo naszym celem były Sztolnie Kowary, czyli dawne kopalnie radu, w których nie ma już promieniowania. Jest za to ścieżka, którą przeszliśmy razem z przewodnikiem w godzinę, podczas której mogliśmy zobaczyć wszelkiego rodzaju kamienie szlachetne i półszlachetne, napić się wody źródlanej z baniaka (!), no i oczywiście zrobić sobie z tym wszystkim zdjęcie. Po wyjściu chwila na kupienie pamiątek i powrót do ośrodka na obiad. Po napełnieniu żołądków młodsi uczestnicy obozu wrócili do swoich pokoi, a starsi zostali poinformowani o wycieczce na Śnieżkę. Wyszliśmy 15 minut po obiedzie (tutaj muszę przeprosić wszystkich, których interesuje młodsza grupa. Na parę godzin ich historia się urwie :)). Pod górę zawiózł nas autokar. Potem około 30 minut jazdy wyciągiem, a dalej szliśmy już na piechotę. Razem było nas około 15-cie osób, czyli 10-cioro starszych obozowiczów, 4-ech uczestników dorosłego obozu i Sensei Grzegorz. Szczyt zdobyliśmy w nieco ponad godzinę, a prawie drugie tyle siedzieliśmy w restauracji na szczycie. Po tym czasie zebraliśmy się do zejścia, które zajęło nam o wiele więcej czasu. Duża część tam obecnych zeszła szybko i czekała pod samym szczytem na parę osób, które schodziły wolniej z poważniejszych powodów (jak lęk wysokości, czy po prostu obita noga). Nie czekaliśmy wieczności, ale ściemnić się zdążyło :). Później musieliśmy już wybrać się inną drogą niż wchodziliśmy, bo wyciąg którym wjeżdżaliśmy nie zjeżdżał w dół. Okazało się, że wybrany przez nas szlak (normalnie bardzo łatwy) przy panujących wtedy warunkach może być… ekhm… troszkę trudny. Do czasu schodziło się w miarę prosto, ale po dłuższej drodze szlak stał się dość stromy, a do tego w dużej części oblodzony. Co jakiś czas ześlizgiwaliśmy się w dół (gdzie rosły drzewa, więc trzeba było szybko reagować, żeby na nic nie wpaść), a prędkość osiągało się zawrotną. W jednym miejscu staliśmy prawie pół godziny, bo każdy się wywracał i zjeżdżał w dół z prędkością zapewniającą niezłą dawkę adrenaliny. Czego bym tu nie napisał, raczej nie oddam dramaturgii tego zejścia :). W każdym razie po dłuższym czasie jakimś cudem udało nam się zejść. Nie bez szwanku, bo prawie wszyscy byli mocno poobijani, ale nikomu całe szczęście nie stało się nic poważniejszego od paru siniaków. Wyszliśmy w Karpaczu, gdzie przyjechał po nas mały bus, do którego ledwo się wpakowaliśmy. Zawiózł nas prawie pod sam ośrodek. Po powrocie (ok. 21:00) zjedliśmy kolację i znów dostaliśmy czas wolny do samej ciszy poobiedniej, żebyśmy mogli się w spokoju... ech… ogarnąć :).
Sensei chyba też uznał wyprawę na Śnieżkę za wyczerpujące przeżycie, bo następny dzień toczył się według zwykłego planu z tym wyjątkiem, że po śniadaniu wyszliśmy do miasta. Wieczorem, po kolacji czekał nas pokaz talentów. Każdy pokój musiał przedstawić skecz, piosenkę, lub cokolwiek innego, co spodobałoby się jury (czyli wychowawcom i członkom dorosłego obozu), które decydowało ile punktów przyznać klanowi występującego pokoju, lub osoby. Każdy mógł wystąpić tylko raz, więc najmądrzejszym rozwiązaniem były występy solowe. Zobaczyliśmy kilka śmiesznych historyjek, skeczy, kawałów i piosenek, dostaliśmy za nie punkty dla klanów, po czym poszliśmy do swoich pokoi się wyspać.
Ostatniego dnia obozowiczów, którzy jeszcze na zimowym obozie MICHI nie byli, czekał chrzest. Po obiedzie wszyscy wyszli przed budynek. Każdy, kto był z nami chociaż na jednym zimowym obozie, odgrywał w chrzcie jakąś rolę. Nowi natomiast musieli wykonać parę ćwiczeń fizycznych, strzelać do celu i skosztować tajemniczej mikstury. Po przejściu całej drogi każdy był chrzczony i otrzymywał nowe imię na najbliższe parę godzin. Niektórzy mieli szczęście być Zabójczą Rybą, czy Morderczym Nożem do Masła, inni mieli pecha trafiając na Ekspiącego Knajta :). Później wszyscy wróciliśmy do ośrodka, gdzie każdy musiał pokazać kim teraz jest, za co również można było otrzymać punkty dla swoich domów. Po kolacji wszyscy wróciliśmy do swoich pokoi, ale tylko na kilkanaście minut, bo zaraz mieliśmy wyjść na ognisko, podczas którego czekało nas między innymi pieczenie kiełbasek, czy wspólne śpiewanie piosenek. To też jednak nie trwało zbyt długo. Gdy wszyscy już zjedli swoje kiełbaski, poszliśmy do sali, w której czekało nas podsumowanie obozu. Był to swego rodzaju apel, podczas którego wychowawcy ogłosili wyniki wszystkich obozowych konkursów. Najważniejszy, czyli Puchar Domów, zostawili na koniec. Wygrał dom czerwony, chociaż jeszcze chwilę przed ogłoszeniem wyników tracił 150 punktów do pierwszego domu niebieskiego (wszystko rozegrało się dokładnie tak jak w pierwszym tomie Harry’ego Pottera :)). Po ogłoszeniu wyników i odebraniu dyplomów wszyscy poszliśmy do swoich pokoi, żeby spakować się przed wyjazdem.
Szkoda było rozstawać się z tymi wszystkimi ludźmi do następnego obozu, ale cóż… To tylko 4 miesiące :). Poza tym zawsze pozostaje perspektywa zapisania się na zajęcia karate, na których znajome twarze można widywać dwa razy na tydzień. Całe szczęście niektórzy z niej skorzystali i nie trzeba będzie czekać pół roku, żeby się z nimi zobaczyć. Z resztą… Gdyby obozy były co miesiąc, to nie byłyby takie wyjątkowe, prawda? ;)
Oskar Wojtynowski
Copyright by Stowarzyszenie Edukacyjne MICHI.